Wujek Janek od malwy i biedronki

Krótka i ogólna analiza twórczości księdza Jana Twardowskiego[1]

Nie trzeba przedstawiać tu chyba — ani, jak sądzę, szkicowo[2], ani, tym bardziej, szczegółowo i dogłębnie — sylwetki księdza Jana Twardowskiego. Wszakże wielu z nas, jeśli nie wszyscy, pamięta go jeszcze: delikatnego, poczciwego, przez starość dostojnie naznaczonego, nieporadnie swe wiersze czytającego i ujmująco niedbającego o rozgłos; zmarł przecież lat temu bez mała dziesięć zaledwie, przeżywszy wiosen dziewięćdziesiąt — tej dziewięćdziesiątej pierwszej nie dane mu już było doczekać, albowiem odwołany został do wieczności zaraz z początkiem nowego roku, 18 stycznia. Poza tym całkiem niedawno, w roku 2011, na rynku księgarskim ukazała się wcale obszerna, wyczerpująca, gruntowna i rzetelna — w charakterystycznie dynamicznym, oszczędnym, przede wszystkim zaś na faktach skupiającym się stylu reportażowym utrzymana — księdza Twardowskiego[3] i zupełnie niekonieczne, a i całkiem niezrozumiałe byłoby jej tu niezdarne, radykalnie powierzchowne streszczanie i, w gruncie rzeczy, powtarzanie: kto przeto żywota księdza Jana ciekaw, ten ma gdzie zaglądać i do czego sięgać; a tekstów, poświęconych osobie księdza Jana, nie licząc nawet tej publikacji wzmiankowanej, jest doprawdy bardzo wiele. Zresztą — i to jeszcze dodajmy — biografistyczne badanie literackie, a więc badanie prowadzone z punku widzenia przeżyć i doświadczeń autora dzieła, wcale nie musi sięgać rejonu głębi i wcale nie musi być udane, co sprawia, że nie jest też dziś specjalnie popularne[4].

Czego natomiast tu, na wstępie niniejszego referatu potrzebujemy, to klucza, który otworzy nam podwoje świata Twardowskiego i który pomoże nam ów wielki świat nie tyle może uporządkować, co względnie objąć, ogarnąć, ująć, który dopomoże nam z tym światem się uporać; potrzebujemy zatem kategorii — im szerszej, im ogólniejszej, tym użyteczniejszej, tym lepszej — która rozewrze przed nami drzwi przebogatego wnętrza księdza Jana, która zdoła wprowadzić nas już to w złożoność jego osoby i życia, już to w wielowątkowość jego poezji i która, niczym busola zagubionym na bezkresnej wodzie marynarzom, pozwoli nam się w tej jego złożoności i wielowątkowości znaleźć. Wydaje się, iż taką właśnie wspaniałą, cudownie orientującą i, by tak rzec, zbierającą kategorię przynosi rzeczona biografia księdza Twardowskiego: byłaby tą kategorią kategoria najbardziej bodaj chrześcijańska — najbardziej chrześcijańska, bo najlepiej, bo najtrafniej wyrażająca to, co w chrześcijaństwie ważkie oraz samą jego esencję — kategoria paradoksu mianowicie[5].

Istotnie, musiał być Jan Twardowski enigmą, zagadką, przedziwnym splotem, konglomeratem przeciwieństw, musiał być nosicielem różnych, nierzadko sprzecznych ze sobą wzajem pragnień i uczuć, musiały targać nim i w nim się miotać najrozmaitsze siły — tak, musiał być Jan Twardowski osobowością iście aporetyczną i musiało to być u niego wyraziste, musiało to być dlań bardzo, ale to bardzo charakterystyczne, skoro redaktorka o nim pisząca, Magdalena Grzebałkowska, która z rozlicznych źródeł dużo się o nim i o tym, jaki był dowiedziała, zdecydowała się opatrzeć swą pracę sugestywnym tytułem Ksiądz Paradoks. Nie wdając się w konkrety i niuanse, ponieważ nie o nie nam tu przecież chodzi, wystarczy może, dla potwierdzenia tych słów i tego, nie ma co kryć, twardego stwierdzenia czy osądu, przywołać fragment intrygującego listu, jaki otrzymała wspomniana Grzebałkowska od osoby, która naszego księdza Jana, jak należy przypuszczać, dość dobrze znała. Czytamy bowiem w tym osobistym, szczerym i wnikliwym piśmie, stanowiącym rodzaj jakiegoś intymnego wyznania i będącym podzieleniem się nie ulega wątpliwości, że subiektywną, ale pod każdym względem przemyślaną obserwacją, tak:

Szanowna Pani. Szukając, jaki naprawdę był ks. T., nie zdaje sobie Pani sprawy ze stopnia trudności zagadnienia. […] Ksiądz T. był bardzo skomplikowanym człowiekiem i myślę, że do końca On sam nie wiedział, jaki był[6].

Otóż podobne skomplikowanie i podobną paradoksalność, które odnajdujemy — czy lepiej: które da się odnaleźć — w osobie i życiu Twardowskiego, odkrywamy także, kiedy zajmujemy się jego opus — i to zaraz, gdy tylko poświęcimy temuż dziełu trochę uwagi i z grubsza się nim jeno zainteresujemy, nie dotykając jeszcze nawet jego meritum, jego treści: jako że od razu okazuje się, że mniej więcej tylu, ilu ma ono zwolenników, tylu ma też i krytyków[7]. I podczas, kiedy dla pierwszych, czytających je przede wszystkim w aspekcie duchownym, religijnym, w horyzoncie wiary, najczęściej, naturalnie, katolickiej, wiele ono znaczy[8], drudzy, raczej obyci w poetyckim świecie wysubtelnieni, wysmakowani znawcy słowa, adepci i miłośnicy bon litterae,dystansują się od niego, wytykając mu jego literackie niedostatki, niedobory i artystyczne ubóstwo. Usiłują to rodzące się wokół dzieła księdza Twardowskiego napięcie oddać, odmalować, w miarę skrupulatnie opisać, przy okazji może nawet i trochę je wyjaśniając, uczeni poloniści i profesorowie, i dlatego — nie bez rozmysłu i wyważenia, powściągliwości tudzież ostrożności — powiadają tak[9]:

[…] To poezja konserwatywna, niewnosząca wiele nowego do języków, którymi dziś wypowiada się literatura. […] Młoda literatura żyje innymi tematami i wypowiada się innymi językami: jeśli już dotyczy spraw religijnych, to raczej mówi o zwątpieniu albo o najszerzej rozumianej metafizyce, która nie daje się przyłożyć do żadnej konkretnej religijności. […] Nie da się ukryć, że propozycja estetyczna Twardowskiego, porównana z propozycją Różewicza, Szymborskiej czy Miłosza, nie przynosi specjalnych rewelacji. Z drugiej strony tłumy przychodzące na spotkania z poetą świadczą o tym, że jego pragnienie, by pisać wiersz niczyj dla wszystkich, zostało spełnione.

— to wypowiedź Piotra Śliwińskiego; to z kolei opinia Mariana Stali:

Poezja księdza Twardowskiego nie jest dokonaniem na miarę największych osiągnięć poetyckich ostatnich dziesięcioleci, zestawienie jej z twórczością Herberta czy Szymborskiej, o Miłoszu nie wspominając, nie może wypaść na jej korzyść. Zarazem jednak, biorąc pod uwagę nakłady książek ks. Twardowskiego […], możemy powiedzieć, iż jest on najpopularniejszym poetą współczesnym. Ten fenomen popularności trudno wytłumaczyć. Być może u jego podstaw tkwi dar zwyczajnego, pozbawionego patosu mówienia o sprawach wiary i duchowego życia dzisiejszych ludzi. Ten dar warto docenić.

Dopiero jednakowoż, kiedy powoli i uważnie wkraczamy, zagłębiamy się w kolejne komnaty na pierwszy rzut oka nie ponurego, mrocznego, odstraszającego zamczyska, lecz rozświetlonego, uroczo prostego pałacu liryki księdza Jana Twardowskiego[10], dopiero wówczas, zaskoczeni i przejęci, zaczynamy pomału pojmować, jak bardzo pałac ten jest rozbudowany, jak bardzo, jak nieprawdopodobnie wręcz jest on zawiły i skomplikowany i jak łatwo zatracić się w nim, jak łatwo w jego zaułkach i zakamarkach przepaść i zagubić się; dopiero wtedy dostrzegamy, jaki on przebogaty, jak bardzo, absolutnie niespodziewanie, obfituje on, mimo całej swojej, by tak to ująć, przejrzystości, pogodności czy jasności, w miejsca cieniste, w miejsca niewyjaśnione i tajemnicze: to jest w aporie, antynomie i kontrasty. A owe aporie, antynomie i kontrasty tak są w nim przemoże, tak częste i tak zewsząd napierające, narzucające się, że temu, kto po tym, wzniesionym z nie lada kunsztem i maestrią, pogmatwanym gmachu wędruje, nie pozostaje w końcu nic innego, jak za Aleksandrem Fiutem i Magdaleną Ochwat przyznać i orzec, iż ma oto do czynienia ze swoistą „poezją paradoksu”[11].

Cóż to azali znaczy, że poezja nestora polskiej liryki kapłańskiej[12] — pierwszego zatem spośród całej stanowiącej osobliwy fenomen plejady piszących wiersze duchownych[13] — jest „poezją paradoksu”? Znaczy to, że jej „przeżywanie” i „odczuwanie” realności, że jej „myślenie” o Bogu, człowieku, egzystencji i świecie, znamionuje, podobnie jak mistykę[14], predylekcja do dialektyki, do wynajdywania, wskazywania i nazywania opozycji; znaczy to, że, chcąc wyartykułować, opowiedzieć swoje obserwacje, a tym samym odsłonić nieco tu i ówdzie przebłyskującą prawdę, chętnie operuje ona zaskakującymi, a niekiedy i szokującymi zestawieniami i że wyraża się ona przede wszystkim poprzez paradoks; znaczy to wreszcie, że kategoria paradoksu stanowi jej oś podstawową, oś główną, na której cała ona się wspiera. Tego rodzaju poetyka — poetyka, jakeśmy skonstatowali, paradoksu — rodzi się, tego rodzaju poetyka wykwita na gruncie wielkiej, bardzo wielkiej wrażliwości, bo tylko taka wielka wrażliwość, która niekiedy przeistacza się w nadwrażliwość i która, owszem, jest błogosławieństwem, ale zarazem i do granic możliwości utrudniającym życie przekleństwem, patrzy na rzeczywistość wnikliwie i szeroko, i tylko taka wielka wrażliwość tyle — całą swym misteryjnym formatem przekraczającą granice ludzkiego rozumu i poznania wielowarstwowość i wieloaspektowość tej rzeczywistości widzi.

Z takim sklasyfikowaniem, z takim ujęciem swojej twórczości — trzeba przyznać, że z ujęciem jak każde: ograniczającym, w żadnym wypadku nie roszczącym sobie bynajmniej prawa do bycia traktowanym jako ekspozycja całej amplitudy jej treściowego potencjału — zdaje się zgadzać sam Twardowski, kiedy w jednym z wywiadów przyznaje: „To chyba po prostu myślenie paradoksalne, tzn. nieoczekiwane, nieprawdopodobne, zbliża bardziej do tajemnicy niż inne”[15]. Niejako rozwija ksiądz Jan tę myśl i nieco ją precyzuje w swoich wspomnieniach, gdzie zapisuje następującą uwagę:

Poezja religijna bliska jest też tradycji myślenia paradoksalnego. Posługuje się ona poznaniem intuicyjnym, pozornie nielogicznym, a jednak niezwykle trafnym, docierającym szybko do sedna rzeczy. Taka poezja rodzi się z głębi człowieka [...]. Dobre wiersze muszą być poszukiwaniem tajemnicy, posługiwać się językiem niedomówień, unikać patosu, z nutą humoru[16].

Gdzie indziej z kolei, w rozmowie z Markiem Zielińskim, prezentując poniekąd swój filozoficzno–poetycki warsztat, deklaruje Twardowski wprost:

Lubię piętrzyć paradoksy; miłości, wiary, śmierci — dotyczące wymiarów naszej egzystencji [...]. Tylko język paradoksów może wypowiadać to, co przerasta nasz rozum, mówić o Bogu [...]. Lubię humor jako jeden z paradoksów, sposób zaskoczenia, a jednocześnie wyraz pokory. Broni przed patosem[17].

Jakież więc u Jana Twardowskiego paradoksy znajdziemy? Niemożebnością — to oczywiste — wyliczyć wszystkich, ponieważ jest ich u niego całe multum. I tak, by wymienić, dla przykładu, choć niektóre, mamy tam następujące oksymoroniczne frazy i sekwencje[18]: „Wielka mała”; „Mniej więcej”; „tak kochający, że niedoskonały”; „święty i pełen pomyłek”; „nie ma czasu by pisać list krótki / więc dlatego się pisze same tylko długie”; „Bo wiedzieć wszystko to nic nie wyjaśnić […] bo miłości tak piękne że wciąż niemożliwe […] i śmierć tak punktualna zawsze nie w porę”; „śpi się dla siebie ale sny ma się dla drugich”; „kiedy będziesz dorosła jeszcze mniej zrozumiesz”; „nie dzielmy na ciało i duszę […] Ten który tworzył łączył wszystko razem”; „Dopiero wtedy naprawdę uwierzysz / kiedy ci się to wszystko zawali”; „Jak długo wierzyć nie rozumieć / jak długo jeszcze wierzyć nie wiedzieć”. Warto może jeszcze zacytować do tego, fragmentami, dwa paradoksalnością przeniknięte, paradoksalnością nasączone utwory[19]. Pierwszym niech będzie wiersz pod tytułem Ankieta:

Czy nie dziwi cię
mądra niedoskonałość
przypadek starannie przygotowany
[…]
mrówka co może przenieść
wierzby gajowiec żółty i przebiśniegi
miłość co pojawia się bez naszej wiedzy
[…]
niepokój dobroci
opieka drzew
przyjaźń zwierząt
zwątpienie podjęte z ufnością
radość głuchoniema
prawda nareszcie prawdziwa nie posiekana na kawałki

A oto wiersz drugi, zatytułowany Śpieszmy się:

Nie bądź pewny że czas masz bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
[…]
i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą

Niemniej jednak to nie fakt, iż Twardowski nader często posługuje się w swoim pisaniu paradoksem — paradoksem literalnym, formalnym, paradoksem jako środkiem ekspresji, jako środkiem literackim — jest tu dla nas istotny, ale to, że jego lirykę wewnętrznie ożywia, animuje, jeśli tak rzec można, duch paradoksu: duch, który przejawia się w permanentnie utrzymującym się w tej poezji napięciu pomiędzy przeciwległymi biegunami, antypodycznymi wartościami. Co do tych antagonizmów, to z całą pewnością można by ich z twórczości księdza Jana wyłuszczyć sporo, aczkolwiek, uważam, wystarczy ograniczyć się do trzech — tych bodaj najwyrazistszych, najznamienniejszych.

Takoż zauważamy tu naprzód, iż poezja Twardowskiego jest z jednej strony bardzo prosta czy prostolinijna, raz po raz może zahaczająca wręcz o banalność — aż powiedzieć chce się: dziecięca[20], ale nie w pejoratywnym znaczeniu: dziecinna, infantylna — dalej: że jest skromna, nienapuszona, niewyniosła, pełna fascynacji i zdziwienia, lekka, klarowna, niezmanierowana, plastyczna, obrazowa, nieuwikłana w abstrakcyjne dywagacje i nieobciążona przytłaczającą i ciężkostrawną erudycją, a z drugiej — nieprawdopodobnie wprost dojrzała, arcydojrzała, kipiąca mądrością, inspirująca, odkrywcza, refleksyjna, inteligentna i skrząca się błyskotliwymi myślami. W tym sensie jawi się jako z gruntu ewangelijna — wystarczy bowiem wspomnieć Chrystusa, który modlił się:

Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom! Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie[21].

Ot, można by powiedzieć za Jerzym Kwiatkowskim, „mądra i święta dziecinada”![22]

Mamy tu, po wtóre, dużo optymizmu, beztroski i swobody, dużo pocieszającej, budującej i uskrzydlającej pogody, mamy tu dużo harmonii i równowagi, dużo afirmacji istnienia, dużo zgody na życie — życie takie, jakie ono de facto jest, z wszystkimi jego tak powabami, jak mankamentami — mamy tu wreszcie dużo radości z życia, uciechy z używania — oczywista, zdrowego używania, przyzwoitego, bogobojnego, pobożnego używania — życia. Zarazem wszelako unosi, niesie i kreuje tę sztukę — o czym, niestety, często się zapomina — wielki ból i cierpienie; zarazem wszelako spowija i omiata tę sztukę ciemność, nieogarniona ciemność, i przepełnia ją poruszający smutek i tragizm; zarazem wszelako wychyla, wyłania się z niej dojmujące rozczarowanie, samotność, lęk i trwoga, ochotę na cokolwiek wysysająca bezsensowność i beznadzieja. Przy czym — dodać wypada, bo to ważne — summa summarum liryka ta nie ma, jakby się mogło zrazu wydać, wydźwięku melancholijnego, posępnego; nie do pesymizmu należy w niej ostatnie słowo. Wcale akuratnie spostrzegła to swego czasu Anna Kamieńska:

W tej poezji nie ma miejsca na egzystencjalne rozpacza, nawet na pascalowskie przepaście, których tak lubimy szukać w sztuce współczesnej, sądząc, że obowiązkiem sztuki naszego czasu jest tragiczność. Poezja Jana Twardowskiego nie jest tragiczna […]. Nie znaczy to jednak, że nie ma w tym świecie poetyckim miejsca na cierpienie, ból i smutek[23].

Poza tym — i to byłoby po trzecie — obecne jest w twórczości Twardowskiego napięcie między wiarą pewną — pewną siebie i pewną swego — a wiarą niepewną, roztrząsającą, krytyczną, sceptyczną, powątpiewającą, wiarą cierpliwie trwającą w rozdarciu[24]; między wiarą, która jest przynoszącym wyzwolenie radykalnym zaufaniem, powierzeniem siebie stale i niestrudzenie szukającemu człowieka[25], zatroskanemu o człowieka i gorliwie człowiekiem opiekującemu się Bogu, czyli Bogu, jak chętnie powiada o nim teologia Wschodu, człowiekolubnemu, a wiarą, która ciągle jeszcze, nie wiedzieć czemu, opiera się temu tylko do kochania zdolnemu Bogu, która ciągle jeszcze obawia się tego tak czułego, tak delikatnego, tak dobrego Boga i wzbrania się przed złożeniem mu siebie w ofierze. Tak, zaiste, identyfikujemy w tej poezji już to wiarę stabilną, wiarę ugruntowaną, przekonaną o swej słuszności i racji, już to wiarę rozedrganą, rozchwianą, chyboczącą się, wiarę szarpiącą się z samą sobą, wiarę z utęsknieniem wypatrującą, rozglądającą się za Jezusowym altum[26] i koniecznie usiłującą na owe obiecujące głębinowe wody wypłynąć.

Te trzy wskazane tu napięcia pozwalają nam w jakieś mierze pojąć, w jakieś mierze ukształtować sobie obraz czy wyobrażenie o duchu paradoksu, stymulującym poetyzowanie Twardowskiego i immanentnie w jego poezji drzemiącym, a uzewnętrzniającym, uwidaczniającym, unaoczniającym się czytelnikowi w postaci rozlicznych paradoksów, który to duch, chociaż tak charakterystyczny dla zajmującego nas w niniejszej szybkiej i pobieżnej analizie autora, nie jest bynajmniej właściwy wyłącznie dla niego — postulat obiektywności domaga się, by to uczciwie zaznaczyć. Tak się bowiem składa, że duch ów jest bardzo ekspansywny i że całkiem dobrze zadomowił się on już w twórczości wielu, jeśli nie wszystkich, współczesnych literatów — i to do tego stopnia, iże znawcy tematu zwiastują nową jakość: estetykę kontrastu, która — powiedzmy w wielkim skrócie — opowiadając się za tezą Cleantha Brooksa z 1947 roku, głoszącą: „The language of poetry is the language of paradox”[27], mieni paradoks wyznacznikiem i sednem poezji i w obrębie której pojęcie paradoksu nabiera kolorytu pojęcia aksjologicznego; takim pojęciem określającym bądź „wysławiającym” wartość jest też, przykładowo, pojęcie realizmu[28].

Tak czy inaczej — mniemam i ufam, że zbytnio się nie mylę — lektura i interpretacja Twardowskiego, namiętnego tropiciela sprzeczności, z perspektywy kategorii paradoksu, pomimo że ta zaproponowana przeze mnie kategoria–klucz wcale nie jest oryginalna, winny być dobre i owocne. Jak zresztą dobre i owocne winno być patrzenie w ogóle na człowieka, życie i świat w takiej optyce — w optyce jak najbardziej adekwatnej, przystającej przecież do tego, co po prostu jest.

 

* * *

By podsumować i spiąć jakoś niniejszy referat, należy przyznać, iż niesłychany jest świat księdza Jana Twardowskiego: świat widziany jego oczami i przeżywany jego sercem, świat, który wynurza się przed nami z jego przebogatej twórczości, który wyziera z nieprzeliczonych jego sentencji, myśli, uwag, wierszy, rozważań, historii, opowiastek, anegdot czy wywiadów i do którego to świata wielkodusznie i serdecznie on nas zaprasza.

Pragniemy do tego świata wejść, bo jest nam bliski, bo rozpoznajemy w nim nasz świat, bo to jest nasz świat, lecz jednocześnie wzdrygamy się na samą myśl o tym, ponieważ uświadamiamy sobie, że ten świat jest jednak inny, lepszy, doskonalszy, świętszy od naszego, że my nie jesteśmy go godni i że gdybyśmy doń weszli z całym naszym balastem, z całym naszym brudem, to to nasze wejście byłoby bezczeszczącym go bezlitosnym wtargnięciem intruza czy świętokradcy. I nadziwić się nie możemy, że Ksiądz Paradoks, jak Twardowskiego bardzo trafnie raczej, jak staraliśmy się wykazać, nazwała Grzebałkowska, żył w tym samym co my świecie i że pisał o świecie dokładnie tym samym co nasz; i dziwimy się, że tak jak on można w tym świecie obracać się i funkcjonować i że tak można go postrzegać.

Dlatego prosimy: wujku Janku od malwy i biedronki[29] — módl się za nami grzesznymi!

 

Łukasz Libowski

Opole — Racibórz, 1–4 października 2015 roku

 



[1] Tekst przygotowany został z myślą o wykorzystaniu go — 9 października bieżącego roku — podczas Salonu muzyki i literatury poświęconego twórczości księdza Jana Twardowskiego, organizowanego przez Miejską Bibliotekę Publiczną w Kędzierzynie–Koźlu, a odbywającego się w ramach projektu Jesień literacka w Kędzierzynie–Koźlu.

[2] Zob. S. Grabowski, Jan Twardowski. Kalendarium życia i twórczości, Warszawa 2006.

[3] Chodzi, oczywiście, o: M. Grzebałkowska, Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego, Kraków 2011.

[4] T. Linkner, Poezja ks. Jana Twardowskiego, w: tenże, W misji Słowa: Twardowski — Pasierb — Damrot — Św. Wojciech, Pelplin 1998, s. 32; J. Trznadel, „Dźwigasz mię! — Ktoś ty?” O poezji Jana Twardowskiego, w: S. Sawicki, P. Nowaczyński (red.), Polska liryka religijna, Lublin 1983, s. 523.

[5] W tym kontekście zob. H. de Lubac, Paradoksy i nowe paradoksy, tł. M. Rostworowska–Książek, Kraków 1995; tenże, Najnowsze paradoksy, tł. A. Ziernicki, K. Dybeł, Kraków 2012.

[6] M. Grzebałkowska, dz. cyt., s. 7.

[7] W miarę dobry chyba ogląd tej osobliwej równowagi daje M. Grzebałkowska, „Uniwersytet prostoty”, w: taż, dz. cyt., s. 354–356.

[8] Na temat znaczenia poezji Twardowskiego dla wiary i teologii zob. E. Zakrzewska, Ikonalny wykład prawd teologicznych w twórczości ks. Jana Twardowskiego, Lublin 2008 (prezentacja tej pracy: „Teologia w Polsce” 2/2008, s. 372–376).

[9] Obie wypowiedzi cyt. za: M. Grzebałkowska, dz. cyt., s. 355.

[10] Metaforą komnat, zawsze jednak w odniesieniu do człowieka i jego złożonej struktury, lubi posługiwać się K. Grzywocz — zob. np. Sztuka słuchania. Znaczenie słuchania w kierownictwie duchowym, Kraków 2015, s. 64–65.

[11] A. Fiut, Poezja paradoksu, „Tygodnik Powszechny” 17/1981, s. 3; M. Ochwat, Poezja paradoksów — paradoksy w poezji. Poetycka teologia Jana Twardowskiego, Janusza Stanisława Pasierba, Wacława Oszajcy, Katowice 2014.

[12] Do pierwszego pokolenia księży–poetów zalicza Twardowskiego B. Chrząstowska, „Wierzę wierszem”. O poezji kapłańskiej, w: M. Jasińska–Wojtkowska, J. Święch (red.), Religijne aspekty literatury polskiej XX wieku, Lublin 1997, s. 217–301.

[13] K. Dybciak, Literatura wobec religii, „Znak” 281–282/1977, s. 1370: „plejada księży–poetów”; J. Giebułtowicz, Posłowie, w: J. Twardowski, Nie przyszedłem pana nawracać, Warszawa 1986, s. 393: „pierwszy poeta wśród księży”.

[14] Z. Zarębianka, Wieczność radosna, czyli o twórczości Jana Twardowskiego, w: taż, Poezja wymiaru sanctum. Kamieńska — Jankowski — Twardowski, Lublin 1992, s. 138 (przypis).

[15] Z. Dolecki, Zawsze fascynował mnie cud życia. Rozmowa z księdzem Janem Twardowskim, „Kierunki” 25/1981, s. 1.

[16] J. Twardowski, Łaską zdumiony. Moje szczęśliwe wspomnienia, Warszawa 2002, s. 87–88.

[17] Poeta i paradoksy. Z J. Twardowskim rozmawiał M. Zieliński, „Nowe Książki” 1/1981, s. 57.

[18] Wszystkie cyt. za: J. Trznadel, art. cyt., s. 535, 357; wyjątkiem są pierwsze dwie, będące notabene tytułami, wzięte z: M. Ochwat, dz. cyt., s. 11.

[19] Oba cyt. za: J. Trznadel, art. cyt., s. 535.

[20] O motywie dziecięcości czy dzieciństwa w twórczości Twardowskiego pisze np. A. Sulikowski, Świat poetycki księdza Jana Twardowskiego, Lublin 1995, s. 141n.

[21] Mt 11, 25–26.

[22] Cyt. za: T. Fiałkowski, tekst na 90 rocznicę urodzin księdza Jana Twardowskiego, opublikowany w „Tygodniku Powszechnym” z czerwca 2005 roku, http://hospicja.pl/aktualnosci/news/2175.html (29.09.2015).

[23] A. Kamieńska, Pomiędzy gołębiem a ornitologią (Jeszcze o poezji Jana Twardowskiego), „Tygodnik Powszechny” 10/1971, s. 3. Podobną uwagę czyni Marek Skwarnicki: „Pogodną parafię wierszy księdza Twardowskiego otacza smutek, ciemność i samotność. Jej proboszcz o sprawach ostatecznych myśli z trwogą, której nieraz daje wyraz. Jednak uważa, że jego rolą jest nieść innym ufność, nie zwątpienie” — cyt. za: J. Trznadel, art. cyt., s. 532.

[24] Por. Ł. Libowski, Dozwolone jest wątpienie, „Nowiny Raciborskie” 33/2015, s. 19.

[25] Zob. A.J. Heschel, Bóg szukający człowieka. Filozofia judaizmu, tł. A. Gorzkowski, Kraków 2015.

[26] Por. Łk 5, 4: „Wypłyń na głębię”; łac. „Duc in altum”.

[27] Co znaczy: „Język poezji jest językiem paradoksu”; cyt. za: M. Ochwat, dz. cyt., s. 12.

[28] Tamże, s. 12–13.

[29] Apostrofa ta odwołuje się do słów księdza Twardowskiego z jego exlibrisu: „Rzuć mi malwę i nazwij Janem od Biedronki”; cyt. za: A.A. Archicińska, wspomnienie o księdzu Twardowskim, w: Żegnamy Jana od Biedronki. Almanach, Czekanów 2007, s. 7. Z kolei formę „wujek Janek” zaczerpnąłem od Bohdana Knichowieckiego, siostrzeńca księdza Twardowskiego — zob. M. Grzebałkowska, dz. cyt., np. s. 105, 110, 116, 153 — jako że stwarza odpowiedni, ciepły, jak sądzę, klimat.

Fragmenty referatu zostaną odczytane podczas Salonu Muzyki i Literatury W stulecie urodzin ks. Jana Twardowskiego wiersze czyta Olgierd Łukaszewicz, który odbędzie się 9 października 2015 o godz. 17.00  w  Kościele Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny przy ul. Limanowskiego (Koźle).

Wydarzenie w ramach projektu „Jesień literacka w Kędzierzynie-Koźlu”.

Wstęp wolny. Zapraszamy!

 

blok z logotypami

 



  inne Jesień literacka w Kędzierzynie-Koźlu

Biblioteka Cyfrowa

Cyfrowa Wypożyczalnia Publikacji Naukowych Academica

Blog Miejskiej Biblioteki Publicznej

portret miast

ibukcitywalk

 logo bookcrossing